Praca w tymże przybytku (czyli w Galerii Handlowej a konkretniej w biurze podróży) zapewnia wiele "doznań". Grzechem by było nie zrelacjonować niektórych przypadków. A jest o czym pisać, wierzcie mi ! Zachowuje oryginalną wymowę, zachowania, sytuacje, by pokazać jakie jest życie Jurajskiej Galernicy :)


Potwierdzenie przelewu

Link / 16.04.2011 :: 11:53 / komentarze (6)

Historyjka krótka, bo ostatnio i czasu nie ma za bardzo.

Ponieważ wybrany touroperator życzy sobie przelewu bezpośrednio na konto, prosimy klientów by wysyłali nam potwierdzenie przelewu.
Klient zrozumiał komunikat po swojemu, gdyż zamiast potwierdzenia przelewu otrzymałam taki oto e-mail. Oczywiście dane osobowe zaiksowałam :)

"Witam,
Potwierdzam przelew na konto xxx w dniu dzisiejszym tj.xx/04/2011 w kwocie xxx zl.
xxx
Pozdrawiam"

prawie spadłam z krzesła :D

Nie wiem kiedy będzie następna notka. Źle się dzieje. Myślę, że do maja się wszystko wyjaśni.


Różne takie i lapsusów ciąg dalszy.

Link / 19.03.2011 :: 16:27 / komentarze (3)

J- Ja
K- Klient/Klientka

K- Witam
J- Dzień dobry w czym mogę pomóc.
K- No ja chcę odpocząć.
Chwila konsternacji z mojej strony...
J- No dobrze, ale gdzie
K- Gdzieś gdzie jest ciepło.
J - Dobrze, jakie wyżywienie Pana interesuje.
K- No to ol eksklukzif ful.
W życiu nie słyszałam takiej przeróbki All inclusive :D Nie prościej powiedzieć "Wszystko w cenie?"

Przychodzi matka z dzieckiem. Dziecko zachowuje się jakby miało zaawansowane ADHD. Biega, piszczy, wrzeszczy, smaruje jęzorem ściankę akwarium, włazi mi pod biurko, w końcu znika na zapleczu. Matka nie reaguje, więc morduje ją bezskutecznie wzrokiem i idę wyprowadzić dziewczynkę. Skoro ja nie czuje się tam do końca bezpieczna, to co dopiero dziecko. Matka patrzy na mnie oburzona, że śmiałam w ogóle zejść ze swojego stanowiska.
Wchodzę w doskonałym momencie, bo dziewczynka z anielskim uśmiechem chwyta za napełnioną po brzegi, bardzo ciężką konewkę. Moment i byłaby tragedia, bo i dziecko zalane ( o ile by sobie tą konewką krzywdy nie zrobiło) i katalogi zniszczone
Dzień miałam ciężki, nerwy mi puściły i nieco zirytowanym tonem powiedziałam matce dziewczynki, by jej pilnowała, bo na zaplecze wchodzić nie wolno. (Nie wspominając, że kontakt pierwszego stopnia ze ścianą akwarium też nie jest zbyt bezpieczny dla zdrowia- no chyba, że młoda lubi sushi)
Reakcja matki?
Zmarszczyła czoło i fuknęła obrażona...
K:Przecież to tylko dziecko, JEZU !!
Priceless.

Przychodzi chłopak mniej więcej w moim wieku. Pyta o wakacje i upiera się koniecznie przy Hiszpanii na last minute. Znajduję ciekawą ofertę, choć warto wiedzieć, że teraz nie ma za bardzo wylotów na wybrzeże - jedynie wyspy.
J- Mam tu świetną ofertę dla Pana, ale na Fuerteventurze, na samym wybrzeżu nic nie znalazłam.
Klient myśli intensywnie .
-A ta Furta-ventura to na Costa Brava czy gdzie?
Przez chwile się zastanawiałam czy klient sobie nie stroi ze mnie żartów, ale wyglądał na dość poważnego. Wyjaśniłam więc, że Fuerteventura to wyspa, leży w pobliżu Maroka i nie leży na hiszpańskim wybrzeżu.
Klient zaś niewzruszony swą niewiedzą pyta o Grecję. Wspominam, że na chwilę obecną nie mamy hoteli z al inclusive na wskazany termin na samej Riwierze i czy mogą być wyspy.
Mogą
Przedstawiam więc świetną ofertę na Korfu.
K -A to Korfu to gdzie to jest ?
Mówię, że u wybrzeży Albanii, wyspy Jońskie, klient ma coraz bardziej przerażoną minę.
K-Ale ja chciałem Grecję a nie Albanię.
J- Korfu podlega pod Grecję.
K-Ale ten Korfu to koło Aten leży?
Ręce mi opadły.

Na koniec opowiastka o sympatycznym chłopczyku. Wyjątkowo grzeczny, trzymał się blisko rodziców. Zapytał miłym głosikiem czy może obejrzeć rybki, rodzice wyrazili zgodę. Chłopczyk przycisnął nosek do szyby i chichocze.
Chichocze, mamrocze, w końcu matka podchodzi do niego i pyta co robi.
Chłopczyk -Sjimacek. - oznajmia
matka - Tak Piotrusiu ślimaczek.
Chłopczyk nagle uśmiecha się szeroko...
-Amciu, amciu.
padłam :D





Klasyfikacja potencjalnego turysty.

Link / 05.03.2011 :: 21:26 / komentarze (6)

Panie i Panowie przed wami klasyfikacja klientów (tych namolnych) ! Z pomocą mojego ulubionego sarkastycznego małpiszona asiaczka aka Dżoany. powstał oto ten spis. Z pewnością niebawem się powiększy.


Przedszkolak

Jest to typ klienta, który tak naprawdę nie ma pojęcia czego chce. Na wstępie wzdycha męczenniczo, jęknie, pociągnie nosem, w końcu siada. Błędnym wzrokiem bada ściany, mapę, sufit, akwarium i krzesła, by po chwili, głosem osoby wyjątkowo zmęczonej życiem, pytać o wycieczkę.
I to tyle informacji, naprawdę. Chcę wycieczkę.
Można by równie inteligentnie odmruknąć” No ok.” i wrócić do zajęć. Niestety! Jest to typ osoby, którą trzeba prowadzić za rączkę i o wszystko pytać. Odpowiedzi zazwyczaj brzmią tak – Gdzie chce jechać? Nie wie. Kiedy? Obojętnie. Jaka kwota? Najlepiej jak najtaniej
Pomyśli ktoś, co za problem! ? A właśnie, że ogromny! Bo ten typ, uwielbia wprost znajdywać problemy tam, gdzie ich nie ma.
Może Tunezja? Nieee . Może Egipt? Niiic z arabskich. Kenia ? Za daleeeeeeko. Grecja? No za blisko gdzieś daleeeeeej. Indie. Ło Jezusie co tak daleko!
Kończy się na tym, że nie bierze nic, nie wie nadal nic i właściwie to co on tu robi?

Globtroter.

Ten klient był wszędzie. Zwiedził WSZYSTKIE KONTYNENTY. Wie wszystko. Stoi przed mapą, wskazuje podbródkiem gdzie był, w 99% przypadków trzyma ręce splecione z tyłu i szuka orientalnych wycieczek. Ponieważ był wszędzie, wie lepiej wszystko ode mnie. Co jeść, co pić, co robić, właściwie to on tu powinien pracować.
A właściwie to skandal, że nie ma na już objazdowej wycieczki po Bhutanie i Bangladeszu. To społeczeństwo, nic tylko by grzało *upę na plaży i żarło jak świnie w „taryfach ol ekskluziw” ! Nikt nie dba o prawdziwych globrotrerów! NIKT ! Czy kupi wycieczkę?
Oczywiście, że nie !
Biura podróży nie spełniają jego oczekiwań i wygórowanych wymagań.

Futrzak.

Klient płci żeńskiej. Damski odpowiednik Globtrotera. Obwieszony futrami , oblany perfumem, często przeze mnie spotykany i opisywany w notkach. Pyta często o dalekie podróże, które na salonach są obecnie na topie (Ostatnio głównie Karaiby, Malediwy i Wenezuela). Przez całą rozmowę na Ciebie nie spojrzy, bo a)smsuje b)rozmawia przez telefon c)bada wnikliwie mapę, bezskutecznie szukając wskazanych przez siebie lokalizacji (patrz pierwsza notka ”No to sru”) d) bada strukturę swoich paznokci.
Gdy wyszukiwanie oferty twa dłużej niż 14 sekund (zdarza się, że przycina Internet), stwierdza ,że nie ma czasu, rzuca wizytówkę, oznajmia, że mam „coś znaleźć” i sobie idzie. Z reguły nigdy nie wraca. A taką ładną ofertę zawsze przygotowuję !

Traper.

Krótka piłka. Ma Pani katalog na wyprawę treckingową na Kilimandżaro? Nie? A ma Pani taką ofertę? Ma? A na kiedy ? Tak? A właściwie to ja sam pojadę. Bo ja sobie sam jeżdżę. Tak tylko pytałem. Z ciekawości. Właściwie to ja już pójdę. No to do widzenia

Katarynka.

Typ klienta, który jak tylko znajdzie wolnego słuchacza, nie odpuści, dopóki słuchacz, albo go nie wywali, albo nie zemdleje.
Kiedy ja wyszukuję ofertę, on w ramach wolnego czasu rozpoczyna nieciągnącą się opowieść o córkach, wnukach, sąsiadkach, ludziach, polityce, młodzieży, ciężkich czasach, wandalach, okazjonalnie spojrzy na ekran i kontynuuje, mając głęboko w poważaniu to co się do nich mówi( o ofercie rzecz jasna, jakiekolwiek pozytywne reakcje na ich pierdołowatość przyjmuje z wielkim entuzjazmem. )W tym czasie zdążę poznać genologię rodziny, obejrzeć zdjęcia, pokiwać głową w zrozumieniu, ale trzeba przyznać, że z reguły Klient Katarynka usatysfakcjonowany cierpliwością i zaangażowaniem, prędzej czy później wróci i coś kupi. Chwała Panu.

Łachudra.

Zwana też popularnie menelem. Przychodzi, siedzi i śmierdzi. Próbuje wyżulić pieniądze, bułkę czy długopis(Po co im długopis?! Żeby spisywać swoje dzieje na wiacie śmietnikowej?) Dopiero grożenie ochroną, skutkuje, klient się ewakuuje obrażając mnie i wszystkie pokolenia mojego rodu. A smród zostaje

Nędzne kreatury.

Tą uroczą nazwę zaskarbili sobie klienci, którzy przychodzą do biura w tylko jednym celu. Obrazić cię wyżyć się na kimś, kto nie ma prawa się klientowi odszczeknąć. Zawsze znajdą powód by cię zmieszać z błotem. Bo za wolno, za szybko, za chaotycznie, za flegmatycznie, w ogóle co taka gówniara robi w biurze, my jej płacimy CIĘŻKIE PIENIĄDZE. ( Z reguły, to ci co nigdy nic nie kupili), powinna nam przynieść kawę w zębach. I paść do stóp. A w ogóle ja bym to lepiej zrobił/a. I moje wszystkie córki też. Wszystko to w akompaniamencie ciężkich wzdechów, marudzenia i niecierpliwego bębnienia palcami o blat. A ty pamiętaj o jednym. Uuuuuuśmiech! To ich dopiero doprowadza do szału.

Pielgrzymi.

Mamy w biurze sofę. Dość wygodną. Naprzeciwko stoi monitor na którym wyświetlana jest oferta. Obok monitora stoi zaś dystrybutor z wodą. Turysta wchodzi, NIGDY ale to NIGDY nie odpowiada na grzeczne „Dzień dobry” i tu mamy trzy wersje:
1)Rozsiada się na kanapie, ogląda ofertę z monitora i konsekwentnie mnie ignoruje
2)Wchodzi i bez pytania częstuje się wodą z dystrybutora (Bardzo częste u matek z młodymi dziećmi! „Chodź Marcysiu, napijesz się”). Wypija, wychodzi i zostawia plastikowy kubek. ZAWSZE.
3)Staje przed słynną mapą, ogląda i milczy. Ewentualnie ogląda akwarium. I naszego ślimaka kanibala – Gerwazego.
I wychodzi.

Zbieracz

Jest to typ, który przychodzi w jednym, jedynym celu. Zbiera katalogi, ile tylko mu pozwolę a resztę (z napisem „Biuro” czyli w jednym egzemplarzu) wynosi pod płaszczem. Ewentualnie siada, udaje, że czegoś chce i rąbnie z dwa długopisy.

Czytelnik.

Czytelnik nigdy nie występuje sam. Jest otoczony kolegami, koleżankami bądź rodziną. Podchodzi do witryny i oznajmia wieść radosną „EEEEEJ jedziemy do Kenii/Tajlandii/Indii/na Dominikanę/ do Egiptu(tu następuje jowialny wybuch śmiechu reszty grupy)/na Maderę/do Londynu. I idą.
Wersja druga. Stają i komentują każdą ofertę. KAŻDĄ. „Hoho ! Taka tania Teneryfa ! Myślą, że zrobią z nas idijotuff ! HA-HA-HA!” I idą dalej. Nigdy nie wchodzą do środka. Bo po co. I tak nie mają nawet na kurs do Gomunic.

Stały klient.

Nazywam ich również sępami. Byli naszymi klientami raz, w porywach dwa. Z reguły wykupywali coś z dojazdem własnym, w bungalowach, bez wyżywienia, dosłownie groszy. I tak jest tym razem (ewentualnie Tunezja, obecnie tania jak barszcz) Gdy odmawiam im udzielenia rabatu rzędu 10% (pierwsze nie mogłam bez konsultacji, dwa teraz już w ogóle nie mogę, bo nie wolno, trzy JAKIE 10%!!) patrzą zdziwieni po sobie i z delikatnym uśmiechem malujących się na ustach oznajmiają „Ale przecież to nasz kolejny wyjazd. Jesteśmy STAŁYMI KLIENTAMI, to przecież dużo pieniędzy. Razem…1300 !” Ja rozumiem niezadowolenie klientów grupowych, którzy sprowadzają znajomych, kwota jest duża, naprawdę. Ale gadaj z takimi i tłumacz, że na sprzedaż rzędu 1300 na dwie osoby, nie dam ŻADNEGO RABATU.
Wtedy to też z jednostki takiej rodzi się czasem…

Diabeł tasmański.

To klient, który póki wszystko jest po jego myśli, jest jak do rany przyłóż. Zaraz by cię przedstawił rodzicom i pomagał wybierać płytki do łazienki. Do czasu, aż wszystko jest po jego myśli. Jakakolwiek niedogodność wywołuje u niego atak wściekłości. Mało powiedziane. Szału! Atak może spowodować rzecz naprawdę błaha. Zacięcie się drukarki(częste zjawisko), awaria terminalu płatniczego bądź jego dłuższa komunikacja z centralą ( obok jest bankomat), wykupienie wycieczki sprzed nosa, gdy ci debatowali za wszystkimi za i przeciw. Klient nadyma się jak balon, robi się purpurowy i wybucha. Wypomina wszystkie krzywdy, jakie mu wyrządzono, wyrządza i będzie się wyrządzać. Miesza cię z błotem, aż się uspokoi, lub przedstawisz mu w miarę sensowne argumenty by na chwilę przestał warczeć. Wtedy z reguły następuję koniec ataku szału i klient z kocimi oczkami godnymi kota ze Shreka pyta „ No to… da się coś zrobić prawda? Bo przecież Pani może coś załatwić „

Nie myślcie kochani, że nie trafiam na dobrych klientów. Oczywiście, że trafiam! To oni sprawiają, że kocham tą pracę. Codziennie spotykam miłych ludzi, może trochę zagubionych w gąszczu ofert, ale grunt to znalezienie wspólnego języka i uprzejmość. Z niektórymi mam do tej pory kontakt, mimo, że już dawno wrócili z wakacji. I chętnie do mnie wracają. I jak przyjdzie kulawy dziadzio i opowiada o starych czasach to też chętnie posłucham. Po prostu wszystko musi mieć zachowane odpowiednie proporcje. Pamiętajcie, że pracownik też jest tylko człowiekiem.
Do napisania.
Galernica.


Obiadek

Link / 21.02.2011 :: 17:36 / komentarze (1)

Na co dzień spotykam przeróżnych ludzi w każdym przedziale wiekowym. Od maluchów, po młodzież, dorosłych i starców. Dziś historyjka będzie o Pani w wieku przed czterdziestką.
Warto również wiedzieć, że o ile uwielbiam moją pracę, o tyle uważam, że na 12 h pracy należy mi się mała przerwa na jedzenie. Ba ! Obiadek to moja mała "chwila zapomnienia"!. Biuro ma być zamknięte góra 15 minut, więc gdy tylko przywiozą mi z jadłodajni obiad, wieszam kartkę "zaraz wracam" z numerem telefonu, gdyby coś się waliło i paliło, po czym udaje się na zaplecze. Wierząc naiwnie w ludzką wyrozumiałość (HA!) przymykam jedynie drzwi - nie zamykam ich na klucz.
Tak było i dzisiaj. Zrobiłam herbatę, przykleiłam kartkę, zaniosłam obiadek na zaplecze i rozłożyłam mały podeścik (używamy go do wieszania ofert pod sufitem), na którym zwykłam siadać. Zaciągnęłam się wonią ziemniaczków i kotlecika z surówką i wybitnie zadowolona z życia zaczęłam konsumpcję...do czasu!
Usłyszałam, że ktoś otwiera drzwi, pomyślałam coś brzydkiego, odstawiłam jedzonko na bok i wyszłam na biuro. Jakież było moje zdziwienie gdy przy biurku ujrzałam trzyosobową rodzinę, rozłożoną w najlepsze na wszystkich krzesłach.
-Obsłuży nas Pani czy nie?!- usłyszałam wycedzone przez zęby słowa.
Kotlecik kusił, ziemniaczki tym bardziej, ale trzeba było zagryźć wargi i obsłużyć klientelę.
Jak podejrzewałam - skoro nie potrafili uszanować tego, że mam przerwę, nie uszanowali również mnie samej. Mimo szerokiego uśmiechu na twarzy, zachęcającego tonu, byli zwyczajnie chamscy i opryskliwi. Mamrotali pod nosem coś o braku czasu,ich pieniądzach, dorabiających gówniarach (Nie żeby ich córa miała na oko 15 lat?!), którym dają pracę i to takim tonem, jakby uważali, że jestem po prostu głucha. Usłyszałam również, jakim cudem ja tu pracuję, ponieważ oznajmiłam, że muszę iść do kantoru rozmienić ich pieniądze.
Moja cierpliwość została wystawiona na ciężką próbę.
Finał był taki, że jeden z klientów poratował mnie rozmieniając pieniądze i mogłam w końcu sprzedać ten cholerny bilet lotniczy. Ufam, że córunia im kiedyś tak zajdzie za skórę jak oni mi, bo dają jej fatalny przykład poszanowania uczuć drugiego człowieka.
Co do ww. klienta. Okazał się być tak miłym i sympatycznym jegomościem, że od razu minęła mi złość na ród ludzki. Oby więcej takich ludzi, odzyskuje dzięki nim wiarę w człowieka.


Nowe zasady pierwszeństwa

Link / 11.02.2011 :: 21:21 / komentarze (0)

Wpierw jednak, zabójczy tekst klienta skierowany do mnie jednym ciągiem, pod nosem:

K: Bry, wakacjeexclusiveczerwiecFura-wętura.

Po wydaniu z siebie zdezorientowanego "E?" załapałam, że chodzi o wakacje All inclusive na czerwiec na Fuertaventurze

Tymczasem wczoraj wieczorową porą, zawitała do mnie klientka, która chciała wiedzieć wszystko. Usiadła o godzinie 19.05 by siedzieć i siedzieć i pytać i pytać. A pytania te były momentami tak denerwujące, że aż miałam ochotę wyć. Z tych ciekawszych :
Klientka gapi się wciąż na opis hotelu i czyta:
-Od lotniska 15 km?
-Tak
-Plaża przy hotelu?
-Taaak.
-A leżaki bezpłatne?
-Mhmm..
Nie byłoby w tym nic dziwnego, gdyby nie fakt, że ona to CZYTAŁA z opisu żądając mojego potwierdzenia. Jakbym miała jakieś hipertajne dane z najpilniej strzeżonych archiwów KGB.
Po około pół godzinie, gdy doszło do pytać typu "A czemu ta woda na zdjęciach taka niebieska?!", pojawiła się znajoma mi para klientów. Byli oni poprzedniego dnia w biurze i zastanawiali się nad wyjazdem. Uznałam, że przychodzą potwierdzić, dałam krótki znak głową by poczekali i wpatrywałam się dalej w upierdliwą Panią Pytalską wzrokiem godnym seryjnego mordercy.
Jednak ta, głodna informacji i sprawdzenia mojej odporności psychicznej, pytała dalej ("A to mnie tam nie okradną?"). W końcu po dokładnie godzinie , wyszła z biura niepocieszona, bo niestety nie potrafiłam powiedzieć jak dokładnie wygląda wiza turecka.
Uśmiechem zaprosiłam wyżej wspomnianą parkę i przeszliśmy do formalności. Mija 10 minut, klienci podpisują warunki uczestnictwa, gdy nagle wpada Pani Pytalska cała purpurowa na twarzy. Sapiąc jak lokomotywa, porwała wolne krzesło ze stanowiska obok, przycisnęła się do mojego biura (gdzie było już dość ciasno, z powodu towarzystwa parki) i oznajmiła:
- To ja chcę tą wycieczkę !
Rzuciła torbę na biurko i zaczęła grzebać w portfelu.
Patrzę ze zdumieniem na Panią Pytalską, potem na parkę. Parka wpierw patrzy po sobie, potem na mnie na Pani Pytalskiej kończąc.
Siląc się na spokój i dyplomatyczny ton oznajmiłam :
-Wspaniale proszę Pani, ale proszę spocząć na kanapie, wpierw obsłużę tych Państwa, potem zajmę się Panią.
Na twarz Pani Pytalskiej wlało się niedowierzanie wymieszane z wesołością. Prychnęła, obrzuciła młodych spojrzeniem mogącym ich spopielić i..:
-Hah ! Ja przepraszam, ale JA BYŁAM TU PIERWSZA. Termin 15.07, pokój z widokiem na morze, ile będzie zaliczki? - kontynuuje dalej a mi szczena prawie opada na blat.
Po chwili otrząsnęłam się i powtórzyłam prośbę.
Klientka nadęła się jak balon, wrzuciła gwałtownie portfel do torebki i wstała miażdżąc całą naszą trójkę wzrokiem pełnym pogardy. (Zdecydowanie poczułam grozę Sądu Ostatecznego) 
-BEZCZELNOŚĆ - wysyczała jadowicie przez zaciśnięte zęby i wyszła z biura odsuwając krzesło tak gwałtownie, że cud, że się nie przewróciło.
Byłam tak wytrącona z równowagi, że wciąż myliłam cyferki i literki. Dzięki wsparciu równie wstrząśniętej parki klientów, udało mi się doprowadzić transakcje do szczęśliwego końca.
Dobrze, że na świecie chodzą jeszcze dobrzy klienci - z takimi bym straciła rozum.


Szedł Sasza suchą szosą...

Link / 04.02.2011 :: 13:42 / komentarze (6)

...czyli lapsusy językowe klientów

Wakacje ALL inclusive wg klientów

- Poproszę wakacje exclusive
- Wakacje z OLEM
- Chcę wakacje all exclusive
-Wakacje wszystko inn

Inne:

K: Wybieram się na rejs po morzu Tureckim (jakim?)

K : Jadę na rejs 7+7 Turcja na Morzu BAŁTYCKIM

K: Dzień dobry poproszę Last Minute na lipiec (mamy luty)

Rozmowa o wycieczce do Turcji :
K: No i jedziemy na wycieczkę do Parakuły.
J: Proszę?
K: No te..no..WAPNA.
(przyp. z wiki PAMMUKALE - Słynie z wapiennych osadów powstałych na zboczu góry Cökelez. Wypływająca z gorących źródeł woda, bogata w związki wapnia i dwutlenek węgla, ochładzając się na powierzchni, wytrąca węglan wapnia, którego osady układają się w malownicze nacieki i stalaktyty.

Klientka pytając o wycieczkę do Austrii :
K: A międzylądowanie to będzie w Singapurze?
(Jak się okazało chodziło jej o AustRALIE nie Austrię)

K: To ja zapłacę kartą
J: Bardzo mi przykro, ale mamy zepsuty terminal, serwisant go zabrał do naprawy. Może Pan płacić gotówką lub przelewem.
Klient myśli intensywnie:
K:Aha...to ja zapłacę kartą.
J: (wzdycham)mamy zepsuty terminal, serwisant go zabrał do naprawy. Można gotówką lub przelewem
K: Dobrze - i podaje kartę.
patrzę to na kartę, to na klienta a ten zniecierpliwiony
K: To robi Pani ten przelew czy nie?!

Inne kwiatki już niebawem:)


WTF?!

Link / 03.02.2011 :: 20:29 / komentarze (3)

Myślałam, że w życiu widziałam prawie wszystko. Jakże się myliłam. Przeżyłam dziś taką traumę, że sama się zastanawiam jakim cudem ja jeszcze siedzę.

Wchodzi więc do biura mego klasyczny żul, uzbrojony w stare gazety i pyta o wakacje w Afryce za 15 milionów starych złotych. Mi szczena w dół, bo nie wiem czy facet sobie jaja robi, czy chce zagrzać gdzieś miejsca albo ja już fiksuje...W końcu wychodzę z założenia, że klient nasz pan (choć klient miał wyczuwalnie z higieną na bakier)
- Na ile osób ?
- na 10 - odpowiada głosem rasowego pijaka
Mówię mu minimalną cenę takiej wycieczki na wskazany termin - 5200 NOWYCH ZŁOTYCH (żeby nie było wątpliwości)
- Łojezusie ! Ale za osobę ?
- Za osobę - wzdycham mając delikatne mdłości od wydzielanego przez klienta zapachu moczu i przeżartego alkoholu.
- To gdzieś bliżej. Grecja !
Myślę sobie "No ja p...", klient zawzięcie maca mój długopis ( do reki go już nie wezmę !!). Mimo zmarszczenia brwi i upodobnienia się do rozjuszonego orła bielika, klient grzecznie siedzi i śmierdzi dalej.
- Z wyżywieniem All inclusive 1600 na Rodos.
- łokej! A orientuje się Pani gdzie tam burdel żeby poruchać?
Pierwsza myśl - 'whaaaaaaaaaaaaat?".
Ja myśląc, że się przesłyszałam, co mogło się zdarzyć po ciężkich godzinach pracy, pytam czy może powtórzyć.
-No burdel czy jest!! Żeby poruchać w grecką dupeczkę, wie Pani ? - tu czyni ramionami i dłońmi gest, bynajmniej obsceniczny, symulujący płciowy stosunek.
-... Nie mam bladego pojęcia. - odpowiadam czując jak krew mi odpływa z twarzy
To widocznie rozjuszyło rasowego żula. Wstał obrażony, patrząc na mnie z rosnącą pogardą.
- *uje niemyte, *urwa co oni *urwa wiedzą, nic *urwa nie wiedzą, wielka mi *urwa specjalistka
Po czym wyszedł.
Ja zmuszona byłam sięgnąć po własne perfumy i pozbyć się tego ohydnego zapachu, który jedyne co to mógł mi odstraszyć klientów.

Innymi słowy umarłam


Ło Jezusie, zabierzcie te dzieci !!!

Link / 31.01.2011 :: 19:25 / komentarze (0)

Nie żebym miała coś do dzieci, Broń Boże ! (Są bardzo smaczne). Po prostu uważam, że miejsce dzieci nie jest w galerii.
O cóż znowu mi chodzi ?
Pracuje w tym cudownym przybytku, skarbnicy wiedzy o społeczeństwie już trochę. Za każdym razem zdumiewa mnie postawa młodych matek, które na siłę ciągają na zakupy swoje pociechy. Dziecko, jak to dziecko - po 15 minutach chodzenia za superhiper modnymi geterkami w panterkę zaczyna dostawać, delikatnie mówiąc, ataku szału z nudów. Bo o ile sklepy z zabawkami są dla nich niebywałe interesujące ( o ile nie zaczyna piszczeć ze złości, że jednak nie dostanie żadnej zabawki) o tyle reszta je mało interesuje. Jest to całkiem zrozumiałe, czego młode matki zdają się nie zauważać/nie rozumieć/nie myślą.
Zaczynam pracę o 10 i już około 11 zaczyna się akompaniament wrzasków, pisków, stękania i tupania nóżką. Bo się nudzi, bo nogi bolą, bo tam jest mechaniczny konik i ono chce...A rodzicielki godząc się na ten stan rzeczy zapychają usta pociechy czymś słodkim i ciągną je dalej. Sama w sumie nie wiem co jest bardziej przerażające - matka ciągnąca dziecko za sobą, czy młoda mamuśka z malutkim berbeciem w wózku, na spacerku po Galerii.
Szkoda trochę tych biednych dzieci. Wciąż gra muzyka - nie zawsze miła dla ucha (dla mnie - wielbicielki mocniejszego grania, prawie zawsze, ale trzeba być tolerancyjnym), pełno ludzi, ciągle jasno...z czego tu się cieszyć?
Ja większość czasu wolnego spędzałam na spacerach po lesie, w piaskownicy, na placu zabaw, byle na świeżym powietrzu i nie czuję się z tego tytułu, jakaś szczególnie pokrzywdzona. Jeżeli wyjazdy do Galerii są jedynym wycieczkami współczesnych dzieci, to naprawdę im współczuje - tracą coś pięknego, coś czego nie zobaczą w sklepowych witrynach, między dwoma parami kozaczków.
Apel do matek. Jeśli tylko możecie, nie bierzcie ze sobą dzieci na długie eskapady z psiapsiółami w poszukiwaniu modowych ochów i achów. Zostawcie u teściów, u rodziców - na pewno się ucieszą z chwil z wnukiem/wnuczką. Oszczędzicie dziecku męczącej wyprawy a sobie napadów dziecięcej histerii. A mi bólu głowy.

Historyjka :

Jakiś czas temu wchodzi dama tzw. futrzana - obwieszona futrem, złotem i oblana perfumem niewiadomego pochodzenia. Wtedy nie było jeszcze katalogów 2011 ( okolice grudnia) (K)lientka wyjątkowo sfrapowana patrzy na katalogi 2010 ZIMA, (J)a zaś spieszę z pomocą :

J - Witam ! W czym mogę pomóc ?
K- Dzień dobry. Mają państwo katalogi Alfa Star na rok 2011 ?
J- Niestety jeszcze nie, nie mamy żadnych katalogów na rok 2011, zostały już zamówione, będą na początku roku.
K: Aha. A Itaki?
Lekko zdziwiona, lecz wciąż uprzejma powtarzam( może klientka głuchawa?) i powtarzam jak sekretarka
J:- Nie mamy żadnych katalogów na rok 2011, zostały już zamówione, będą na początku roku.
K - A Neckermanna?
J - ... Nie mamy ŻADNYCH katalogów na rok 2011, będą na początku roku.
Klientka zapytała jeszcze o 5-10 biur, ja wciąż to samo. W końcu :
K: - A bo wie Pani, ja to nie mam zamiaru jechać nigdzie na wakacje, jak już coś to mój kolega prowadzi biuro, ale chciałam sobie pooglądać.
Jedyną odpowiedzią, w miarę logiczną i uprzejmą było "Aha. Rozumiem".
Tylko po co mi zawracała głowę?



No to sru.

Link / 29.01.2011 :: 20:50 / komentarze (5)

Zdarzyło się, że pewnego dnia młode, piękne, ambitne i skromne ah! dziewczę, znaczy ja, rozpoczęło pracę swoich marzeń w pewnej galerii handlowej jako konsultant ds. turystyki. Zgodną z wykształceniem, wśród młodych ludzi, źle nie płacą - czego chcieć więcej?
Pewnie zapytacie czemu ja właściwie zawracam wam tyłek? Dlatego, iż galeria handlowa okazała się być miejscem, w którym dochodzi do zdarzeń momentami tak irytujących bądź szokujących a nawet i absurdalnych, że moja wrażliwa natura nie pozwoliła, bym to puściła bez echa.
Oddaje w wasze rączki wytwory moich chudych paluszków i zapraszam do lektury.

Na początek :

Mamy w biurze ogromną mapę. Jest ona swoistą atrakcją dla dorosłych klientów, gdyż dzieci w tym czasie z uciechą przytulają się do akwarium bądź dźgają je tłustymi paluszkami. Często jest tak, że potencjalny turysta wchodzi i po prostu tą mapę ogląda.
Pewna Pani, średniego wzrostu, obwieszona futrami, oblana duszącymi perfumami tak mocno, że oddychanie zaczynało sprawiać trudność, planowała wycieczkę na Kubę, która jak wiadomo leży w Karaibach. Pani ta zdawała się objechać pół świata, opowiadając mi gdzie to ona nie była
Stanęła nieco dalej ode mnie, obserwując Himalaje, po czym zaczęła obserwować uważnie płw. Indyjski. Wpatrywała się w niego wyjątkowo intensywnie, widziałam wręcz jak jej się kotłuje pod kopułką by po chwili wymamrotać
-No gdzież ta Kuba?
Delikatnie mówiąc mnie zatkało. Jako, że moje biuro jest na tyle blisko mapy, wyciągnęłam długopis i wskazałam jej właściwe miejsce, siląc się na uprzejmy uśmiech i błagając Boga, żebym nie ryknęła śmiechem, widząc jej zdziwioną minę. Biedna kobiecina spaliła buraka i więcej się nie pokazała.


Ja rozumiem, że nie każdy musi doskonalę znać mapę, no ale RLY ?